czwartek, 11 grudnia 2014

Nasz pierwszy raz - w Islandii! Część 1.



Pierwszy i z pewnoscią nie ostatni. Ta wyspa ma w sobie ‘to coś’. Spokój, czystość, pierwotność. Wpadliśmy po uszy. Tak,  miłość od pierwszego wejrzenia istnieje.



 


Islandia. Miejsce, które chciałam odwiedzić odkąd zaczęłam być jednostką jako tako świadomą. Były to czasy, gdy odkrywałam Björk i sigur rós. Pamiętam, że ta muzyka była szokująco inna od każdej innej którą znałam – pełna sprzeczności, przestrzeni, ciszy,  dzikości. Przenosiła w zupełnie inny wymiar.  Chciałam ten wymiar poznać. Dogłębnie.
Niestety wówczas ogólny dostęp do Internetu był ograniczony, komputery dopiero zaczęły pojawiać się w naszych domostwach. Informacji o Islandii nie było jakoś szczególnie wiele, nie pamiętam o tej wyspie właściwie niczego z lekcji geografii – nieznana, podmarznięta plama  na mapie tym bardziej ciekawiła!
Po latach (nie aż TAK STRASZNIE wielu), nadarzyła się okazja krótkiego wypadu do Islandii. Od 1,5 roku mieszkamy w Londynie – trochę stąd do Islandii bliżej, mnóstwo bezpośrednich lotów, a przede wszystkim... zarobki pozwalają na takie wypady! Co prawda nawet na brytyjskie standardy weekendowa wycieczka wyniosła nas naprawdę sporo (bez wdawania się w szczegóły – więcej niż tygodniowe wakacje na Kanarach),  jednak my należymy do osób, które pieniędzmi się cieszą po swojemu. Wolimy jeździć gratkiem-piratkiem oraz ubierać się na lumpach (tak naprawdę KOCHAMY lumpy!), a pieniądze wydawać np. na podróże.
Do Islandii dotarliśmy w piątek przed północą – lot z lotniska London Gatwick  trwał około trzech godzin. Samo lotnisko w Keflavíku powitało nas pięknym designem i zaskakująco czystym, nowoczesnymi toaletami! Na miejscu też okazało się, że zamiast wynajętego samochodu Suzuki Jimny (najtańsze 4x4 w ofercie), dostaliśmy  naprawdę wypasionego Nissana Qashqai. Czy można była zacząć nasz wypad lepiej...? 
Otóż – MOŻNA BYŁO. Z Keflaviku ruszyliśmy do docelowego Reykjavíku. To około 50 km niemalże pustą drogą wzdłuż wybrzeża. I oto, zmęczonym (tego samego dnia zaliczyliśmy po ‘dniówce’ w pracy) oczom ukazała się zorza polarna. Niebo po prawej stronie lśniło ciemna zielenią, szmaragdowo.  Nie chwyciłam z aparat tylko dlatego, że nie mogłam oderwać oczu od tych świateł. Poza tym nie byłam pewna, czy to nie majaki ze zmęczenia...
Efekt niesamowity - środek nocy, po prawej pustka, po lewej pustka, nad nami tylko osławiona Aurora Borealis. Biedny T. bał się o mnie, jako że serce kuło mnie niemożebnie...

Reykjavík przypomina nieco polskie miasta. Różnica – wszystko wydaje się bardziej uporządkowane, nowsze, czystsze. Bardziej skandynawskie. W najlepszym tego słowa znaczeniu.

Nasz nocleg znajdował się przy głównej turystycznej ulicy Laugavegur. Była 2 w nocy,  miasto tętniło życiem – mnóstwo przystojnych młodzieńców w swetrach, z długimi brodami i szerokimi uśmiechami oraz złotowłosych, smukłych niewiast. Ludzi mają tam niewielu (odrobinę ponad 300 tysięcy na całej wyspie), ale za to bardzo wysokiej jakości. 
Co zabawne, Pan Właściciel naszego przybytku noclegowego, ma  za syna pół krwistego Polaka. Polskę zna bardzo dobrze i zapewne doskonale z naszymi  rodakami się dogaduje, bo zionął alkoholem niemożebnie (w końcu piątek, druga w nocy). Bardzo miły, nonszalancki i wygadany człowiek!
W sobotę wstaliśmy z samego świtu. Świt zaś miał tego dnia miejsce o godzinie 10.54. Zachód – przed godziną szesnastą. Na sobotę przewidziałam dla nas lenistwo w Blue Lagoon, ale mogło to poczekać do zmroku. Chcieliśmy przed tym zobaczyć coś  ‘na szybko’ – padło na wodospad Glymur, oddalono od Reykiaviku jedyne 75 kilometrów.
Był to wybór doskonały – sama trasa z Reykjavíku na północ wyspy była najprawdopodobniej najpiękniejszą z wszystkich, jakimi zdarzyło nam się w życiu jechać. Początkowo jedzie się wzdłuż oceanu, po prawej stronie mając ośnieżone skały. Plaże obsypane są czarnymi kamieniami wulkanicznymi. Uderza  surowość krajobrazów. Groźne fale wzburzonego oceanu, majestatyczne, ośnieżone góry, skały. I jedzie się w pustkę. 
Po pewnym czasie krajobraz zmienia się – ocean wchodzi głęboko w ląd, tworząc malownicze fiordy. Tu słońce zaczęło powoli zachodzić (tak naprawdę nigdy nie wzniosło się zbyt wysoko), kolory zaczęły się zmieniać, ocieplać. Żadne zdjęcia nie oddadzą  tego, co się tam czuje – mroźne, czyste powietrze, cisza, przestrzeń. Doskonałe dzieło natury.
Dojazd do samego wodospadu to miejsce, w którym kończy się nasza droga. Dosłownie. Głębiej w ląd wjechać  się w tym miejscu nie da. Nadchodziła śnieżyca, robiło się ciemno, więc nie ryzykowaliśmy podejścia pod sam wodospad. Nic to jednak, jak wspomniałam wcześniej, sama trasa była przeżyciem niecodziennym.
Droga spod wodospadu Glymur - zdecydowaliśmy się jechać prosto do SPA Blue Lagoon, jedyne 112 kilometrów. W trasie złapała nas śnieżyca, niemal huraganowe podmuchy wiatru  wciąż chciały zepchnąć nas z drogi. Wpadliśmy w poślizg – jednak dzięki genialnym umiejętnościom T. zgrabnie wybrnęliśmy z sytuacji i uniknęliśmy zderzenia z czymś/kimś/sturlania się z przepaści/gwałtownej i bolesnej śmierci. Uwierzcie mi, podczas takiej pogody można do szpiku kości poczuć co znaczy dzika natura!

Kompleks Blue Lagoon umiejscowiony jest nieco w głębi wyspy, na południowym zachodzie. Tu wyspa zmienia się postwulkaniczne pustkowie - jest płasko, pusto. Dodajmy zachodzące słońce - robi się kosmicznie. Groźnie. Zachwycająco. Śnieg skutecznie przysypał wszystko dookoła, jednak gdzieniegdzie wyzierały spod niego czarne skały. Dużo było też 'chlebków' (nazwa moja własna, robocza), czyli małych wzniesień, gdzie widać jakby popękaną skorupę (zastygłą lawę?), co nadaje temu obszarowi jeszcze bardziej księżycowy krajobraz.

Nagle naszym oczom ukazała się olbrzymia chmura pary, w nozdrza uderzył ostry zapach siarki - nie były to jeszcze nasze gorące źródła, była to geotermalna elektrownia. Co ciekawe, SPA powstało jako skutek uboczny budowania tejże elektrowni. Dzięki Wam, o islandzcy bogowie!

Jeszcze przed samym kompleksem można ujrzeć gorąca jeziorka, zupełnie dzikie, darmowe. Kolor wody jest niespotkany - jasnoturkusowy, mleczny. Zaskakujący na tym monochromatycznym pustkowiu!

Blue Lagoon - najpiękniejszy kompleks w którym miałam przyjemność być. Gorąca woda, zimne piwko, dookoła czarne skały, na głowę prószy delikatny śnieg, na niebo powoli wychodzą gwiazdy. Inny wymiar.
Jeśli będziecie mieli kiedyś okazję być na Islandii, koniecznie musicie zachaczyć o to miejsce.